mi_fe_szemi_fe_szemi_fe_szemi_fe_szemi_fe_szelogo




EL LA!!!

W jedną z wczesnozimowych niedziel 1954 roku w sali nr 4 warszawskiego AWF odbywały się okręgowe zawody florecistów. Trwała rozgrzewka, tłum zawodników w białych ubraniach z żaglowego płótna gimnastykował się
i rozciągał. Jedni ćwiczyli wypady, inni atakowali rzutem... Tego dnia wszyscy byli poruszeni przybyciem Janosa Kevey’a z nieodłącznym małym radyjkiem w nylonowej siatce (niedostępnym marzeniem niejednego z nas). Ale nie tylko on skupiał na sobie uwagę. Oto w „czwórce” pojawiła się bardzo ładna pani w eleganckim futrze z synkiem „na oko” 15-letnim, który po zdjęciu wierzchniego okrycia okazał się być florecistą w lekko zrefowanych spodniach. Po sali przeszedł się szmer „to Woyda…” Robił wrażenie. Mały, ale z ogromną fryzurą, raczej w stylu afro niż obowiązującą wtedy plerezą czy mandoliną. Od pierwszych walk wyróżniał się straszliwym okrzykiem - el la!!!
- ku radości Kevey’a, który kiwał głową z uznaniem. Z biegiem lat "afro" Woydy uległo spłaszczeniu, ale jego okrzyk zawsze mroził krew w żyłach przeciwników. Ja sam, uczony cierpliwie przez mjr. Kazimierza Laskowskiego dokładnej zasłony czwartej i wyminięcia, ufny w swoją silną lewą, „oszczepniczą” rękę, nie doceniałem młokosa. Przyszłość pokazała jak bardzo się myliłem.

Witold Woyda jest fenomenem. Umysłowy talent w połączeniu ze zdolnościami psychoruchowymi znalazł ujście,
ku naszej radości, w szermierce, i szczęśliwie we florecie. Z wymienianych w pracach naukowych czterdziestu cech, jakimi powinien odznaczać się dobry szermierz, Woyda posiadał wszystkie. Charakterystyczną dlań była, i chyba jest nadal, dociekliwość. Pozwalała mu ona na znalezienie istoty i sensu postępowania. Zawsze cechowała go inteligencja. Dowodził tego natychmiastowym zrozumieniem sytuacji i trafnym wyborem akcji. Decyzje
i rozwiązania podejmował błyskawicznie. Elementarna zasada szermierki - odległość, czas i akcja – była przez niego przestrzegana wyjątkowo skutecznie. Walczył w sposób bezwzględny, gasząc w przeciwnikach wiarę w możliwość oporu. Używał kling sztywnych i ciężkich. Nie raz doświadczyłem jego zwodu skierowanego na szyję. Zmuszał nim przeciwnika do odruchowego wzięcia zasłony, po czym ją wymijał i trafiał. Miał też niewiarygodnie szybki czas reakcji. Podczas badań w Instytucie Lotnictwa, doktor Golec z niedowierzaniem kręcił głową, "pilot oblatywacz" - mruczał.

Pamiętam jak niezwykła była rozgrzewka przed finałem olimpijskim w Monachium. Siedzieliśmy obok siebie bez słowa przez 40 minut, bo słowa nie były już potrzebne. Do dziś go widzę jak z zadziwiającą lekkością pokonywał kolejnych przeciwników. Prasa potem pisała – „balet na planszy”. Nie uznaliśmy tego za komplement, ponieważ szermierkę ceniliśmy wyżej od baletu.

Wiem, że Witek osobiście zabrał się za podsumowanie kilkudziesięciu lat pełnych przygód i pisze swoją historię,
a więc również historię polskiego floretu. Jeśli piórem włada równie dobrze jak bronią, czeka nas wszystkich lektura najwyższej jakości. Czekamy na jego książkę!*


Zbigniew Skrudlik, trener kadry narodowej florecistów 1972, Boże Narodzenie 2007


------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
* Zbigniew Skrudlik napisał swoje wspomnienie jeszcze za życia Witolda Woydy, kiedy wszyscy spodziewaliśmy się publikacji napisanych jego ręką wspomnień. Do ich wydania niestety nie doszło, ale być może uda się do tego doprowadzić.